ROK 2018. ODRODZENIE.

Rok 2018 był dla mnie rokiem odrodzenia. Na jego początku byłam na dnie, na jego końcu pnę się  w górę. Rok zmiany, czuję ją w każdym aspekcie mojego życia. Na początku roku nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak rozwój. Wiedziałam, że to dotyczy jakiejś masy optymistycznych, odchylonych od normy ludzi, ale nigdy się z nimi nie identyfikowałam. Czułam, że są z innej planety, a ja przecież byłam już naznaczona, jako ta skazana na cierpienie, na staczanie się, nie na wzrost. Na początku roku trzymały mnie przy życiu moje dzieci, które swoim zachowaniem często wzbudzały we mnie agresję, a potem ogromne poczucie winy. Nie dawałam sobie rady ze swoim życiem, ze sobą. Byłam w związku, w którym czułam się jak zero, miałam się łasić do byłego, starałam się, aby mnie akceptował, wykorzystywałam swoją cielesność, aby łagodzić spory. Nie było szacunku, nie było zrozumienia, uzależnienie, ja ofiara, on kat. Narcyz. Jeszcze wtedy o niczym nie wiedziałam, czułam do niego coś co nie ma żadnego związku z miłością. Byłam głodna uwagi. Gnoił mnie, szantażował, nawet raz uderzył. Wtedy chciałam odejść, ale spróbowaliśmy iść do pani psycholog, od której usłyszałam, że kto zaczyna ten dostaję. Tak. Moja wina. Chodziłam do niej sama, bo to ze mną był problem, ja byłam znerwicowana, płakałam, a raz chciałam zniknąć ze świata, byłam wtedy sama z dziećmi, sparaliżowało mnie, obojętność zalała moje ciało i nie mogłam wstać. Dzieci samopas. Ta sytuacja mną wstrząsnęła. Faktycznie jestem wariatką, dosyć, że się wydzieram, nie umiem wychowywać dzieci, mam doła, nic nie robię ze sobą, nie maluję, mieszkam w starym rodzinnym domu z człowiekiem, który po mnie łazi z butami. Wtedy czułam, że to koniec. Chciałam, żeby mnie zamknęli w psychiatryku i wypuścili zdrową, żeby zabrali moje dzieci do ojców, do bezpieczeństwa. Jakaś maleńka iskierka dawała mi nadzieję, pewnie moja dusza popchnęła mnie do walki. Czułam, że to dla dzieci coś muszę zrobić, odnalazłam Asię, która jest mistrzem w swoim fachu, wie jak mówić, żeby dzieci ją słuchały. Zna się na dzieciach. I to ona wprowadziła mnie w świat rozwoju. Chciałam pomóc dzieciom, a odnalazłam pomoc też dla siebie. Otworzyła mi oczy. Powtarzała, że będzie dobrze, że z tego wyjdę, tylko muszę się zająć sobą. Pod wpływem różnych książek postanowiłam, że rozstaje się z człowiekiem, z którym nic mnie nie łączyło, jedynie i aż córeczka. To jej było mi szkoda, znowu powtórka mojej historii, ale tak bardzo nie chciałam, żeby żyła w tak toksycznym domu, gdzie rodzice, czują do siebie nienawiść. Wyjechałam na 2 miesięczne na wakacje z dziećmi. Pojawił się wtedy facet z przeszłości,  który pomógł mi wykaraskać się z chorego związku, niestety pakowałam się w kolejny chory. Człowiek z depresją. Filmiki Magdy Szpilki otwierały mi oczy, zaczynałam rozumieć, wiedza wpadała mi do głowy, moja świadomość się ją karmiła. Rozumiałam i starałam się to przełożyć na życie, ale mimo wszystko wracały smutki, złości, doły i euforie związane z akceptacją od ludzi. Byłam dalej zależna, podświadomie w czarnej dupie. Ale widziałam światło, wiedziałam, że jak innym się udało to mi też musi. I wtedy nastąpił przełom, był sierpień. Facet z depresją porzucił mnie, urywając kontakt, a ja zostałam sama z dwójką dzieci w mieszkaniu w Krakowie, bez pracy, bez perspektyw. Miałam mentalność biedaka i trochę mnie to wtedy uratowało, bo całe życie oszczędzałam, dlatego miałam na koncie odłożone trochę pieniędzy. Zawsze mówiłam, że to na wszelki wypadek, jak zbankrutuję, jak wyląduję na bruku. Poczułam, że to właśnie już. Szukałam kogo polecała M. Szpilka i najbardziej ze wszystkich przemawiała do mnie Ela Jastrzębska, w jej blogu było tyle mocy, tyle cierpienia, tyle wkurwu. Bałam się na początku, ale to przyciąganie było silniejsze ode mnie. Wiedziałam, że muszę do niej iść. I te wszystkie książkowe mądrości, próby samodzielnego rozpracowania książki Bradshawa miały się nijak do pierwszej sesji z Elą. Tam nareszcie poczułam, całym ciałem, co to znaczy spotkanie z wewnętrznym dzieckiem. Ogrzało się moje serce do czerwoności, nigdy tego nie czułam wcześniej, dlatego poszłam za Elą dalej. Uświadomiła mi, że moja złość nie jest na dzieci tylko na partnerów, na ojca, matkę, że to normalne, że ją czuję po tym co przeszłam. Postanowiłam wziąć udział w warsztatach Leczymy się z Dzieciństwa - okres prenatalny. Pamiętam, że Ela powtarzała następnego dnia medytację, przez co mogłam dołączyć po tej samej niższej cenie. Czułam, że to na mnie zaczekali. To co się wtedy wydarzyło nie zapomnę do końca życia. Urodziłam się na nowo. Ela uporała się z moim demonem, okazało się, że ktoś w rodzinie mnie przeklął. Już przestałam być wcieleniem zła, przestałam zachowywać się jak opętana. A co najważniejsze po tych warsztatach zaczęłam siebie kochać, tak jak całe życie nigdy nie kochałam. Czystą miłością, która wypełniała mnie po brzegi. Ta miłość jest już nieodwracalna, ona będzie ze mną zawsze. Kocham siebie i walczę o siebie. Przepracowałam z Elą wiecznie dolegające mi poczucie winy, zrozumiałam, że wychowawcy wciskali mi to w dzieciństwie. Bez słowa ruszyłam na kolejne warsztaty Leczymy się z dzieciństwa - Praca z wewnętrznym dzieckiem w praktyce. Tam wydarzyło się kolejne cudo. Odcięłam pępowinę z narcystyczną mamą. Przejrzałam na oczy. Przy Eli odkryłam prawdziwą swoją historię, bez wpojonych mi przekonań, ale taką jaka była w moim odczuciu. Spotkałam się z wieloma cieniami  w mojej podświadomości. Wiele razy schodziłam do swojego piekła, aby wyjść  stamtąd silniejsza. Wypłakałam morze łez, wywalałam gromy złości. Biłam materace, kopałam drzewa, wiłam się z bólu. Uwalniałam swoje zastygłe w ciele emocję, te sprzed kilkunastu lat. Spotykałam się ze sobą, w różym wieku, 2,3, 4, 10, 11, 14, 16, 18, 26 latką, codziennie. Każde spotkanie było nowym odkryciem i nowym ukojeniem. Byłam na tańcu 5 rytmów, tańczyłam w domu wywalając emocję, poszłam pierwszy raz w życiu na masaż całego ciała. W cały moim procesie byłam i jestem sama z dziećmi i gdzieś w wolnych chwilach wracałam do siebie, na ich oczach stawałam się lepszą mamą, innym człowiekiem. Jak sobie teraz myślę jak wiele pracy włożyłam w tą przemianę, byłam nieugięta, codziennie pisałam, rozmawiałam z małą Alicją, wspierałam ją. Kiedy upadałam, Ela mnie podnosiła na duchu. Na warsztatach zrozumiałam bardzo wiele, co było prawdą, a co fikcją. Poznałam swoją mame, dziadków, cały schemat domu z dzieciństwa, całą paranoje naszej rodziny. Mogłabym napisać książkę o tym, jak dorosły staję się zlepkiem tego co zostało mu wpojone podczas "wychowania". Ela ostrzegała trzeba mieć jaja, żeby zacząć tą pracę. Niezwykle ciężka harówa, ale jej wsparcie pomaga mi przetrwać. To w jakich miejscach byłam, czego się tam dowiedziałam opisuję na blogu. Przede wszystkim cudownym jest to, że poza procesem, moje codzienne życie z dziećmi, ze sobą nabrało blasku i charakteru. Poznaję siebie na nowo, moje dzieci zmieniają się z dnia na dzień. potrafią wyrażać emocję, są empatyczne. Pozwalam im być sobą. Synek sam zamyka oczy i rozmawia ze swoim ciałem, o tym co czuję, gdzie czuję. Słucha siebie, broni siebie, wypowiada się na forum wśród dorosłych ludzi. Jest pewny siebie i jednocześnie akceptuję moje potrzeby. To jest niewiarygodne. Ja nic innego nie robię tylko i aż pracuję nad sobą, a moje dzieci tak jakby przechodziły przez to ze mną. Naocznie widzę wielką zmianę na lepsze. Kocham moje dzieci miłością, jaką nigdy nie czułam. Wiem, że każda emocja jaka do mnie przychodzi przy nich jest moja i biorę za nią odpowiedzialność. Już nie raz udało mi się pomóc synkowi zrozumieć to co się w nim dzieję, kiedy czuję daną emocję. Pomogłam mu procesować stary wstyd. Moje życie zmieniło się w każdej sferze. Zupełnie zmieniłam relację z mamą, już nie czekam na jej akceptacje, nie szukam u niej pomocy. Byłam uzależniona od narcystycznej mamy. Stawiam granicę i robię to co moje ciało mi podpowiada, słucham siebie, spełniam swoje marzenia, idę za głosem serca, już nie pozwolę nikomu skrzywdzić małej Alicji. Już nie wejdę w toksyczne relacje. Zrezygnowałam z paru znajomości. Teraz pojawiają się ludzie dobrzy, pełni zrozumienia, akceptują mnie. Zintegrowałam w sobie złość, smutek. Uczę mojego lęku, aby bał się realnych zagrożeń. Idę do świata. Walczę o swoje, nawet w najłatwiejszych sytuacjach, które, kiedyś mnie paraliżowały. Zawsze się bałam, że kogoś zranię, kiedy zawalczę o siebie. Mam plan do zrealizowania, wraz ze złością przyszła siła. Siła do działania, do tworzenia. Nauczyłam się jak podejmować decyzję. Zdecydowałam, że idę do świata ze swoją sztuką, już się nie zatrzymam. Przestałam krzywo patrzeć na siebie na filmach. Teraz jestem ok, taka jaka jestem. Kiedy przychodzi gorszy dzień mam świadomość, że coś chcę się uzdrowić. Wczoraj wyszłam z doła, sama, bez żadnego wsparcia. Moje życie staje się pełne, otwarte, uczę się czytać znaki jakie życie mi wysyła. Wszystko dzieję się po coś. Jeszcze ani razu się na nim nie zawiodłam. Przeszłam ogromną przemianę na głębokim poziomie, dzięki Eli, a wiem, że to jeszcze nie koniec. Przede mną niejeden szczyt do zdobycia. Jeszcze na początku roku, gdyby ktoś mi powiedział, że aż tak się zmienię ja i moje życie, nie uwierzyłabym wcale. Byłam chodzącą utopią, a teraz pływam na fali. Rok 2018 jednym słowem nazywam odrodzeniem. Moje odrodzenie. Ela jest dla mnie jak druga mama, urodziłam się przy niej na nowo, stawiałam pierwsze kroki, uwierzyła we mnie, podzieliła się swoją mocą, miłością, wspierała, kiedy upadałam, a wraz ze wzrostem podzieliła się narzędziami, abym wyrosła na samodzielną i kochającą siebie osobę. Czuję do niej ogromną wdzięczność, uratowała mnie. Aż trudno uwierzyć, w tak wielką zmianę. Odnalazłam siebie i teraz wiem, że tylko taka droga prowadzi do uzdrowienia cierpiących serc. Jeżeli ja wyszłam z mojego dna to już wszystko jest dla mnie możliwe. Idę w nowy rok z moją prawdą, idę z moją mocą do życia.

Komentarze

Popularne posty